Krystyna Janda przeżyła horror we własnym domu. Wezwała księdza. „Od tego momentu wszystko się skończyło”
Krystyna Janda opowiedziała o tajemniczych zdarzeniach w swoim domu w Milanówku. Nocne kroki, spadające przedmioty i wyjące psy wzbudzały niepokój. W końcu aktorka wezwała księdza.
Krystyna Janda opowiedziała o tajemniczych wydarzeniach w swoim domu
Krystyna Janda od lat mieszka w Milanówku, gdzie znalazła swoje miejsce z dala od wielkomiejskiego zgiełku. Jej posiadłość skrywa jednak historię, która mogłaby posłużyć za scenariusz filmu. I nie chodzi wyłącznie o jej dawnych mieszkańców.
Aktorka w programie „Daję słowo” Macieja Orłosia oraz we wspomnieniach publikowanych na swojej stronie internetowej opowiedziała o niepokojących zdarzeniach, których miała doświadczać wraz z rodziną.
Wszystko zaczęło się od pozornie niewinnych odgłosów. Nocami domownicy słyszeli kroki, przedmioty spadały bez wyraźnego powodu, a psy zachowywały się w nietypowy sposób.
Z czasem sytuacja stała się na tyle niepokojąca, że Janda zaczęła szukać wyjaśnienia. Szczególnie gdy poznała historię człowieka, który przed laty wybudował jej dom.
Dom Krystyny Jandy należał do słynnego śpiewaka. Jego historia zakończyła się tragicznie
Poprzednim właścicielem posiadłości był Stanisław Gruszczyński, ceniony śpiewak operowy, który występował również na zagranicznych scenach. Jak opowiadała Janda, artysta miał kontrakt w mediolańskiej La Scali i przez pewien czas cieszył się znacznym majątkiem.
Jego życie zmieniło się jednak dramatycznie, gdy zaczął tracić głos. Z czasem utracił również dawną pozycję i pieniądze.
Myśmy kupili dom, który wybudował Stanisław Gruszczyński, to był śpiewak operowy, kiedyś miał kontrakt w La Scali i był naprawdę bogatym człowiekiem, zbudował ten dom nadzwyczajnie, ale zaczął tracić głos… Bardzo się to tragicznie skończyło, bo on zmarł w Milanówku zapomniany na takiej kupie węgla – wspominała Krystyna Janda w programie „Daję słowo”.
Posiadłość miała również niezwykłą wojenną przeszłość. Według relacji aktorki podczas II wojny światowej mieścił się tam skład broni, a później szpital powstańczy.
Janda przyznała, że o wielu wydarzeniach związanych z budynkiem dowiedziała się dopiero po przeprowadzce.
W domu Krystyny Jandy słychać było kroki. „Często coś spadało, tłukła się porcelana”
Najbardziej niepokojące były zdarzenia, których aktorka nie potrafiła racjonalnie wyjaśnić.
Często coś spadało, tłukła się porcelana, ktoś biegł po schodach – opisywała Krystyna Janda.
Jedna z sytuacji szczególnie zapadła jej w pamięć. Aktorka była przekonana, że nocą słyszała Basię, kobietę pomagającą rodzinie w opiece nad dziećmi, zbiegającą po schodach.
Kiedy postanowiła podziękować jej za pomoc, usłyszała zaskakującą odpowiedź.
Była taka dziewczyna pomagająca mnie i mamie w opiece nad dziećmi i mówiłam do niej: „Basiu, ja ci dziękuję, bo słyszałam, jak zbiegasz w nocy, żeby mnie zastąpić”, a ona mówiła: „Krysia, ja w ogóle nie wstawałam” – relacjonowała aktorka.
Do tego dochodziło nietypowe zachowanie zwierząt. Psy miały wyć nocami, co tylko potęgowało niepokój domowników.
Musimy coś zrobić, ja się zaczynam bać! Psy wyją nocami, ciągle zdarza się coś dziwnego – pisała Janda na swojej stronie internetowej.
Aktorka zaczęła zastanawiać się, czy zdarzenia mogą mieć związek z przeszłością budynku. Postanowiła więc odnaleźć miejsce pochówku jego dawnego właściciela.
czytaj także:

Krystyna Janda odwiedziła grób Stanisława Gruszczyńskiego. To nie był koniec
Janda odnalazła grób śpiewaka na warszawskich Powązkach i zapaliła na nim znicz. Miała nadzieję, że ten symboliczny gest przyniesie jej spokój.
W rodzinie pojawiły się nawet żartobliwe sugestie, że należałoby w jakiś sposób przebłagać dawnego mieszkańca posiadłości.
Niepokojące sytuacje jednak nie ustały.
Pewnej nocy z mebla spadła półka z rodzinną porcelaną. Aktorka wspominała, że wraz z mamą próbowała ustalić przyczynę zdarzenia, ale nie zauważyły żadnego uszkodzenia.
W nocy spadła półka z całą naszą najpiękniejszą porcelaną. (…) Oglądałam serwantkę z mamą cały poranek. Nie było powodu. Wszystko jest w porządku. Nic się w meblu nie zepsuło, nie ułamało. Dziwne – relacjonowała.
To właśnie podobne doświadczenia skłoniły Jandę do podjęcia kolejnego kroku.
Krystyna Janda wezwała księdza do domu. „Od tego momentu wszystko się skończyło”
W końcu aktorka zdecydowała się poprosić o pomoc duchownego z pobliskiego kościoła w Milanówku.
Ksiądz odwiedził posiadłość podczas remontu. Janda wraz z Basią towarzyszyły mu podczas przechodzenia przez kolejne pomieszczenia.
Wezwałam księdza z sąsiadującego z nami kościoła Milanowskiego. Spojrzał na dom w pełnym rozkwicie remontu, wziął [krucyfiks] do ręki. Basia szła za mną, trzymając wodę święconą rozlaną na talerzu. Przechodziłyśmy z pokoju do pokoju, żegnałyśmy się i kropiłam wszystkie kąty – wspominała aktorka.
Jak twierdzi, po tej wizycie sytuacja całkowicie się zmieniła.
Od tego momentu wszystko się skończyło – podsumowała Krystyna Janda.
Aktorka wiąże ustanie niepokojących zdarzeń z poświęceniem domu, choć nie ma podstaw, by uznać nadprzyrodzone wyjaśnienie za potwierdzony fakt.
Dziś posiadłość w Milanówku pozostaje ważnym miejscem w życiu Jandy. Jej opowieść o tajemniczych odgłosach, rozbijającej się porcelanie i wizycie księdza należy jednak do najbardziej niezwykłych historii, jakimi podzieliła się z publicznością.
powiązane artykuły:
Dziennikarz i absolwent Uniwersytetu SWPS we Wrocławiu. Doświadczenie zdobywał w redakcjach informacyjnych i rozrywkowych. Pasjonuje się kinem, szczególnie thrillerami psychologicznymi, popkulturą i siatkówką. Miłośnik podróży, który odwiedził już 38 krajów.




