Anna Piotrowska mogła stracić syna podczas strzelaniny. To, co zrobił Wiktor, porusza
Przyjechała do Krakowa z synem na wspólny obiad. Nagle usłyszeli strzały, a chwilę później Wiktor pobiegł w stronę rannych. Jego mama nie potrafiła zostać z tyłu.
Anna Piotrowska była z synem w Krakowie. Nagle rozległy się strzały
Mecenas Anna Piotrowska w rozmowie z „Newsweekiem” opowiedziała o dramatycznych chwilach, które przeżyła podczas strzelaniny w centrum Krakowa. Przyjechała do miasta z synem Wiktorem, który studiuje w tym mieście. Mieli zjeść obiad na Kazimierzu. Wcześniej uczestniczyli w pogrzebie znajomego w Wodzisławiu Śląskim, dlatego do Krakowa dotarli samochodem, a następnie przesiedli się do tramwaju.
Zobacz także: Kim jest Michał O.?
Kiedy wysiedli i znaleźli się przy przejściu dla pieszych, usłyszeli pierwszy wystrzał. Syn natychmiast zareagował i odciągnął mamę za tramwaj. Chwilę później padł kolejny strzał, a w pobliżu zaczęły rozlegać się krzyki o rannych.
Kobieta początkowo nie wiedziała, skąd dochodzą strzały. Była przekonana, że ktoś strzela do ludzi z okien pobliskich budynków. Tymczasem Wiktor ruszył w stronę poszkodowanych.
Matka nie potrafiła pozwolić, by syn sam znalazł się w niebezpieczeństwie. Wołała go, żeby wrócił, ale Wiktor nie reagował. Wtedy ruszyła za nim.
Pomyślałam, że ktoś strzelał z okien, że to jest polowanie. I ja wołam do niego: wróć do mnie, wróć, bo cię zastrzelą. A on mnie już nie słuchał, tylko poleciał w tamtą stronę. Ja takim odruchem matki poleciałam za nim, myślę: niech do mnie strzelają, byle go ochronić – opowiedziała Anna Piotrowska w rozmowie z „Newsweekiem”.
Na miejscu zobaczyli dwóch leżących policjantów oraz mężczyznę, którego początkowo nie rozpoznali jako napastnika. Wokół rannych gromadzili się ludzie gotowi udzielić pomocy. Wiktor miał przeszkolenie i zaczął wykonywać polecenia chirurga, który jako pierwszy dotarł do poszkodowanych. Pomagały również dwie młode kobiety.
Anna Piotrowska płakała i pytała o karetkę. „Gdzie jest karetka?”
Podczas gdy jej syn angażował się w ratowanie rannych, Anna Piotrowska stała z boku i obserwowała sytuację. Nie potrafiła opanować emocji. Jak relacjonowała, na przyjazd pierwszej karetki trzeba było czekać około pół godziny.
A ja stałam z boku i tylko płakałam. Wszyscy na szaro, czarno, tylko ja w tym niebieskim płaszczu. Ja nawet wrzeszczałam: gdzie jest karetka? – wspominała.
Kobieta przyznała, że nie zadzwoniła pod numer alarmowy, ponieważ w tamtym momencie nie rozumiała jeszcze, co dokładnie się wydarzyło. Obawiała się, że strzały mogą paść ponownie.
Zobacz także: Doniesienia o ojcu Michała O
Policja odgrodziła Wiktora taśmą. Matka interweniowała
Po przyjeździe policji Wiktor znalazł się za taśmą razem z dwoma innymi mężczyznami, którzy również pomagali rannym. Funkcjonariusze potraktowali ich jako potencjalnych świadków zdarzenia. Wylegitymowali syna Anny Piotrowskiej i spisali jego dane.
Kobieta w tym czasie poszła po wodę, aby umyć synowi ręce zabrudzone krwią. Wiktor udzielał pomocy bez rękawiczek ochronnych, dlatego później pojechał do szpitala na badania.
Zobacz także: Tragedia nie zaczęła się w Krakowie
Anna Piotrowska zwracała również uwagę policjantom na konieczność zabezpieczenia śladów. Chodziło między innymi o łuski, po których ludzie przemieszczali się na miejscu zdarzenia.
czytaj także:
I ja mówię do tych funkcjonariuszy: oddajcie mi dziecko. I jeszcze mówiłam im, żeby zabezpieczyli łuski z broni, bo to przecież są dowody, myśmy po nich deptali – opowiadała.
Kobieta zaczęła także nagrywać sytuację. Tłumaczyła, że chce w ten sposób zabezpieczyć dowody. Ostatecznie musiała jeszcze przekonywać funkcjonariuszy, aby pozwolili jej synowi odejść.
Anna Piotrowska nie kryła strachu o syna
Po wszystkim matka i syn dotarli do restauracji, w której mieli zarezerwowany stolik. Kobieta była w takim stanie, że Wiktor musiał ją prowadzić. Później mężczyzna został jeszcze przesłuchany przez policję przez trzy godziny.
Zobacz także: Michał O. planował jeszcze jeden zamach
Choć wiele osób chwaliło jego zachowanie, Anna Piotrowska nie potrafiła cieszyć się z pochwał. Myślała przede wszystkim o tym, że jej syn mógł stracić życie.
Wszyscy mi mówili, że jest bezpieczny, jaki to dzielny chłopak, a ja krzyczałam, że nie jest dzielny, jest idiotą – opowiadała.
Wiktor miał jednak inne zdanie. Jak relacjonowała jego mama, powiedział jej, że w podobnej sytuacji postąpiłby dokładnie tak samo.
Zobacz także: Wszyscy uciekali przed strzelaniną, a ona ruszyła w przeciwną stronę. Niezwykła historia z Krakowa
Anna Piotrowska wyznała, czego boi się najbardziej
Jedna z najbardziej poruszających wypowiedzi Anny Piotrowskiej dotyczyła chwili, w której zobaczyła, jak syn biegnie w stronę rannych. Kobieta nie ukrywała, że z perspektywy matki było to dla niej przerażające doświadczenie.
On mówi: zrobiłbym dokładnie jeszcze raz to samo. Ja na to: ale mnie serce pękło za tym tramwajem. Rozumiesz? Jako matce mi pękło serce, jak ty pobiegłeś. Odpowiedział, że trudno. I tak by pobiegł – relacjonowała.
Wiktor pomagał zarówno rannym policjantom, jak i mężczyźnie podejrzewanemu o przeprowadzenie ataku. Anna Piotrowska przyznała, że po wszystkim najbardziej bała się jednego: że jej syn w przyszłości ponownie narazi własne życie, próbując ratować innych.
Nic mnie to nie obchodzi. Wiem, że to strasznie brzmi, ale mnie to nie obchodzi. Ja wczoraj mogłam stracić dziecko – wyznała.
Jak podkreśliła, Wiktor nie ma instynktu samozachowawczego, gdy widzi człowieka potrzebującego pomocy. Dla niego najważniejsze było ratowanie rannych. Dla niej – świadomość, że mogła stracić syna.
Zobacz także: Kim była siostra Michała O.?

powiązane artykuły:
Specjalizuje się w tematyce show-biznesowej. Absolwentka dziennikarstwa i komunikacji społecznej na UKSW w Warszawie. Wcześniej zdobywała doświadczenie jako specjalistka ds. influencer marketingu oraz asystentka twórców internetowych. Pasjonuje się literaturą, recenzuje książki i z zainteresowaniem śledzi najnowsze trendy w branży beauty.





